Видео Na żywo - 18.30 - Msza św., 19.00 - Nabożeństwo czerwcowe - Jasna Góra, Kaplica Matki Bożej канала Słowo Boże na każdy dzień Sławimy was, Archaniołowie, Radosnym hymnem w dniu świątecznym. I podziwiamy waszą chwałę. W promiennym domu Wszechmocnego. Michale, książę wojsk niebieskich, Niezwyciężony w żadnym boju, Niech twa prawica nas umocni. I podda wszystkich łasce Bożej. Gabrielu, Pan cię ustanowił. Download Koronka do Boga rzeczy niemożliwych 10:38 [10.63 MB] Recytacja Koronki do Miłosierdzia Bożego św. Faustyny Kowalskiej. Matko Boża Anielska, dziękuję za Twoją opiekę nad moją rodziną. Proszę, wypraszaj nam potrzebne łaski w życiu codziennym, czuwaj nad nami, wypraszaj nam łaskę zdrowia. Dopomóż nam rozwiązać problemy, które na chwilę obecną wydają się nie do rozwiązania bowiem dla Ciebie Kochana Matko nie ma rzeczy niemożliwych. Książkę Święta Rito od rzeczy niemożliwych można u nas kupić już za 21,99 zł. Zapewniamy też łatwość i przejrzystość w dokonywaniu zakupów. Wszystkie ceny produktów są wyraźnie wyświetlane na naszej stronie, a każdy produkt jest opisany w pełni i zawiera informacje na temat specyfikacji i cech produktu. Dịch Vụ Hỗ Trợ Vay Tiền Nhanh 1s. dodane 2021-11-14 10:21 zdjęcie: pexels To ważne, by ogarniać modlitwą swój kraj, ale i kraj sąsiadujące. Ostatnio czas mamy raczej mało ciekawy. Pewnie sporo osób odczuwa napięcie i stres w związku z sytuacją na granicy. Bo kto wie, jak to się wszystko jeszcze może potoczyć. Daj Boże w dobrą stronę. Uświadamiam sobie w ostatnim czasie, jak ważna jest modlitwa za Ojczyznę. Za rządzących, za opozycję, za nas obywateli. Potrzebujemy tej modlitwy wszyscy. Potrzebują jej także sąsiadujące kraje. A także migranci na granicy czy ci, którzy strzegą naszych granic. Bo sytuacja jest nieciekawa dla każdej ze stron. I tak będąc na spacerze przyszło mi do głowy, żeby modlić się Koronkę do Bożego Miłosierdzia w związku zaistniałą sytuacją. By właśnie objąć Bożym Miłosierdziem naszą Ojczyznę, kraje, z którymi graniczymy, migrantów. Bo może po ludzku wydaje nam się, że sytuacja jest patowa, bez wyjścia, albo dobrego rozwiązania. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Prośmy o Boże rozwiązanie tej sytuacji. Prośmy, by Boże Miłosierdzie opromieniało każdą ze stron. Oczywiście, może ktoś woli inną modlitwę. Niech to będzie "Zdrowaś Mario" albo "Ojcze nasz" albo maleńki akt strzelisty. Niech to będzie jednak codzienna modlitwa. To tylko kilka minut w ciągu dnia, ale ile razy mogliśmy się w życiu przekonać, że modlitwa naprawdę potrafi zdziałać. Myśl na dziś: "Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata". Rodzice s. Magdaleny byli niewierzący. Tato był komunistą z przekonania. Wierzył, że to system, który zapewni ludziom raj na ziemi. Pan Bóg w tych ramach się nie mieścił, więc w życiu rodziny Florów Go nie było. Agnieszka Gieroba /Foto Gość S. Magdalena odnalzała Pana Boga w dorosłym życiu. Choć dom był niewierzący w Boże Narodzenie rodzina zasiadała do uroczystej wieczerzy. O Jezusie nikt nie rozmawiał, ale On cierpliwie czekał, by móc się narodzić w sercach ludzi. - Moja mama pochodziła z wierzącej rodziny, ale kiedy miała 6 lat wybuchła wojna i z dzieckiem o wierze nikt nie rozmawiał. Jako młoda dziewczyna poznała tatę, zakochała się, wyszła za mąż. Ślubu kościelnego oczywiście nie było, a rodzina taty odcięła się od rodziców w związku z ich komunistycznymi przekonaniami – opowiada s. Magdalena Flor kapucynka NSJ . Kiedy jednak nadchodziły święta i w tej rodzinie, żyjącej z dala od Pana Boga, sprzątano porządnie cały dom, ubierano choinkę i przygotowywano uroczystą kolację. – Nawet kolęd słuchaliśmy, choć nic nie rozumieliśmy z ich treści. Święta były czasem rodzinnego świętowania, gdy dostawaliśmy upominki i w sklepach pojawiały się pomarańcze. O Jezusie, który się rodził nikt nie mówił, a nam dzieciom, które nigdy o Nim nie słyszały, jakoś wcale to nie przeszkadzało – wspomina siostra. Dziś z pespektywy tak wielu lat s. Magdalena widzi, że Bóg czuwał nad nimi, niezależnie od wszystkiego. – Moja mama była zwyczajnie dobrym człowiekiem. W domu była ósemka dzieci i uczono nas, że trzeba sobie pomagać i być wrażliwym na potrzeby drugiego człowieka. Ojciec był surowy, nie dyskutowało się z nim, a jego zdanie i opinie przyjmowane były bez szemrania. Mimo wszystko to był spokojny dom, w którym my dzieci dobrze się czuliśmy. Pierwszy raz zrodziło się we mnie pytanie o sens życia, gdy niespodziewanie zmarł mój brat. Wówczas zaczęłam się zastanawiać nad tym, czym jest życie, skąd się bierze i czy tak po prostu się kończy, że znikamy? Jednak dla mnie małej jeszcze dziewczynki te pytania były zbyt trudne – wspomina siostra. Po skończeniu liceum wyjechała z rodzinnego Biłgoraja na studia pedagogiczne do Warszawy. Był rok 1980. Z racji studiów miała do czynienia z młodocianymi przestępcami, ludźmi pogubionymi w życiu, którzy robili różne złe rzeczy, ale nie dlatego, że byli źli, ale dlatego, że nie mieli dobrych rodzin, które pokazałyby im, że można żyć inaczej. Wydawało się jej to takie niesprawiedliwe. – Nosiłam w sobie niepokój, który nie ustawał. Nie miałam pojęcia, że może ktoś ma plan dla mojego życia. Ja go nie miałam i czułam się bardzo zagubiona. Czas pokazał mi jednak, że Duch Święty, o którym nie miałam pojęcia, prowadził mnie rok po kroku. Konkretny przykład, gdy zdawałam na studia, rano przejrzałam sobie jedno pytanie z setek jakie trzeba było przygotować i to właśnie pytanie wylosowałam. Byłam w takim szoku, że to możliwe, że pomyślałam, że chyba ktoś o mnie zadbał, ale kto nie miałam pojęcia – wspomina s. Magdalena. W 1981 roku umiera kard. Stefan Wyszyński. Jego ciało wystawione było w kościele na Krakowskim Przedmieściu i można było tam pójść i chwilę się pomodlić. Ktoś ze znajomych zaproponował by Magda też poszła. – Nie byłam wierząca, ale to wydarzenie było jakoś tak znaczące, że z ciekawości się zgodziłam. Żeby dostać się przed trumnę, trzeba było stanąć w ogromnej kolejce. Czekaliśmy w niej jakieś 3-4 godziny, ale ani przez chwilę nie byłam znużona. Dotarłam do trumny, spojrzałam na niego i czułam jakieś poruszenie w sercu, ale nie potrafiłam go nazwać. Dziś myślę, że moje nawrócenie też zawdzięczam kardynałowi Wyszyńskiemu. Pewnie spojrzał na mnie i zobaczył, że tu to trzeba coś zadziałać. I tak się stało – mówi siostra. Coraz dotkliwsza pustka w jej sercu i poczucie bezsensu życia, w którym na nic nie mamy wpływu uwrażliwiły ją na słowa Jana Pawła II, który w tamtym czasie pielgrzymował do Polski. Było to wydarzenie nie tylko religijne, ale i społeczne, którym interesowali się chyba wszyscy. Wtedy Magdalena usłyszała jak papież mówi, że bez Chrystusa człowiek nie może zrozumieć ani samego siebie, ani drugiego człowieka. – To było o mnie, bo ja nic nie rozumiałam. Buntowałam się, że wartość człowieka ocenia się po jego wyglądzie czy majątku. To było dla mnie takie niesprawiedliwe i dołujące, że przychodziły mi nawet przez myśl pokusy by skończyć ze sobą. Wtedy spotkałam człowieka świeckiego bardzo wierzącego, który był zaangażowany w pierwszą w Polsce wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym przy kościele św. Marcina w Warszawie, gdzie pracowały siostry od Matki Elżbiety Róży Czackiej. One opiekowały się nie tylko niewidomymi na ciele, ale i na duszy prowadząc spotkania przygotowujące do chrztu dorosłych. Kiedy mój znajomy dowiedział się, że jestem nie ochrzczona, zaprowadził mnie tam. Była nas tam grupa około 50 młodych ludzi, głównie dzieci wojskowych i komunistów. Wraz ze mną zaczęła tam chodzić moja rodzona siostra też studiująca w Warszawie i młodszy brat, który specjalnie na spotkania przyjeżdżał – opowiada s. Magdalena. Wraz z poznaniem Boga przychodziło poznanie samej siebie, co nie było łatwym doświadczeniem. – Widziałam wówczas, jak wielki bałagan panuje w moim wnętrzu. Zderzenie ja idealnego z ja realnym było bolesne, ale świadomość, że dla Boga nie ma nic niemożliwego przynosiła taką radość, że szłam za tym w ciemno – wspomina siostra. Tak przyjęła najpierw chrzest, potem pierwszą komunię i bierzmowanie. – Dorośli zwykle te sakramenty otrzymują jednocześnie, w naszym przypadku jednak siostra zdecydowały, że będą nam dozować, byśmy mogli bardziej zapuścić korzenie w Bogu. Do komunii więc przystąpiłam trochę później podczas porannej Mszy św. w kościele św. Marcina w obecności sióstr. Moje serce zalała wtedy wielka cisza, w której był tylko Bóg. Po latach niepokojów było to wytchnienie – mówi s. Magdalena. W tym czasie też zachorował tato s. Magdaleny. Kolejne udary odebrały mu sprawność i utrudniły mowę. Okazało się, że żaden z kolegów komunistów nie został przy nim. – Tato okazał się już niepotrzebny, więc nikt go nie odwiedzał i nie dbał o niego z wyjątkiem rodziny. Było też widać, że system komunistyczny się wali, że to jednak była wielka pomyłka. Widząc chorego ojca miałam przekonanie, że jego dni są policzone i trzeba mu pomóc wrócić do Boga. Tak się stało, dzięki pomocy kapłana, który przychodził do niego, tato się wyspowiadał, a miesiąc przed śmiercią wziął z mamą ślub kościelny. Byłam przy jego śmierci modląc się za niego, a on pełen pokoju odszedł. To kolejna łaska, jakiej byłam świadkiem – wspomina siostra. Po obronie pracy magisterskiej, znalazła pracę w Warszawie jako pedagog. – Bardzo lubiłam swoje zajęcie, miałam mieszkanie, utrzymywałam się samodzielnie, czego chcieć więcej? A jednak wciąż zadawałam sobie pytanie, jak uporządkować swoje życie. Chodziłam na modlitwę i do spowiedzi do kościoła kapucynów. Tam trafiłam na o. Piotra, który jakby czytał w moim sercu. Stawiał jasne pytania i pomagał rozeznać czego chce ode mnie Bóg. Z jego pomocą zaczęłam badać, czy powołanie jest moją drogą. Kiedy odpowiedziałam, że tak, o. Piotr zapytał mnie o jakim zgromadzeniu myślę. Powiedziałam, że chciałabym zostać kapucynem, ale jestem kobietą więc to nie jest możliwe. Wtedy dowiedziałam się, że jest w Polsce w Lublinie od niedawna zgromadzenie sióstr kapucynek NSJ – opowiada siostra. Nigdy wcześniej o nim nie słyszała, dostała więc ulotkę z podstawowymi informacjami i gdy zaczęła czytać wiedziała, że to właśnie to. – W tym czasie o. Piotra przeniesiono do Lublina, gdzie siostry miały swój dom. Przyjechałam tu na rozmowę. Otworzyła mi siostra, przyjrzałam się jej i zrobiło mi się żal, że muszę pod welon schować moje piękne długie włosy. Wtedy pomyślałam, że chcę Bogu oddać życie, a włosów mi żal i serce zalał pokój – wspomina s. Magdalena. Do domu sióstr w Lublinie miała się zgłosić w połowie sierpnia, ale wcześniej z młodzieżą pojechała do Częstochowy na spotkanie z Janem Pawłem II. Mieszkali tam za miastem na polu namiotowym w oczekiwaniu na Światowe Dni Młodzieży, gdy pewnego dnia coś zaczęło się dziać z jej wzrokiem. - Jeden z ojców kapucynów, który opiekował się naszą grupą zabrał mnie do szpitala w Częstochowie, gdzie po badaniu okazało się, że odkleiła mi się siatkówka i grozi mi utrata wzroku. Chciano mnie od razu zostawić w szpitalu, ale uprosiłam bym mogła wrócić do Warszawy. Ojcowie kapucyni załatwili mi transport, który musiał już być w pozycji leżącej. Wszyscy ciągnęli do Częstochowy, a ja wyjeżdżałam z niej nie doczekawszy spotkania z papieżem. Wiara jednak pozwoliła mi czuć się wolną. Oddałam się całkowicie Bogu – opowiada siostra. Po przejściu operacji i powrocie do zdrowia mogła z opóźnieniem zgłosić się do Lublina i zacząć życie we wspólnocie sióstr kapucynek NSJ, które w swym charyzmacie mają opiekę nad dziećmi. Wykształcenie pedagogiczne okazało się bardzo potrzebne. Od tamtego czasu minęło 26 lat. Od dwóch lat s. Magdalena posługuje we wspólnocie na Słowacji. Zróbmy mocną i mocną modlitwę za niemożliwe sprawy prosząc o pomoc św. Ekspedyty, patrona sprawiedliwych i naglących 09/05/2020W przeciwieństwie do tego, co wielu ludzi sobie wyobraża, potężna modlitwa o niemożliwe przyczyny nie jest czystym mitem. Opiera się ona w zasadzie na założeniu, że wiara porusza góry, co dowodzi, że jest to coś niewyobrażalnego. Nieprzypadkowo znaczna liczba wyznawców podtrzymuje wiarę, że ten rodzaj modlitwy może mieć fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia czegoś, co w przeciwnym razie byłoby nieosiągalne. Nierozwiązana sprawa może być albo czymś nadprzyrodzonym, albo czymś, na co nie pozwalają jej ludzkie możliwości. W obu przypadkach modlitwy w ich różnych wersjach mogą być użyteczne. Dla zilustrowania tego, przedstawiamy tutaj niektóre z centralnych modlitw o niemożliwe do osiągnięcia przyczyny dostępne w tym sensie. Modlitwa o niemożliwe i pilne przyczynyPierwsza wersja prosi o więcej słowa Bożego. Modlitwa podąża tym tonem i jest silna właśnie dlatego, że dowodzi Pisma Świętego. Panie, w obliczu tak wielu świadectw, które karmią naszą wiarę. Przychodzę tu, aby modlić się tą modlitwą, ponieważ wierzę, że Pan jest Bogiem rzeczy niemożliwych. Proszę Cię więc teraz w imię Jezusa, czyń w moim życiu wszystko, co możliwe! O Boże, który otworzył morze czerwone, zburzył mury i sprawił, że na nowo powstał czterodniowy martwy człowiek, a także ludzie z paraliżem, którzy powrócili. Mam niemożliwą sprawę i oddaję ją w Twoje ręce, i przez moją wiarę wierzę, że ta sprawa jest wygrana! W imię Jezusa Chrystusa! Niech zło, które stoi na drodze, wyjdzie na jaw! I niech dobro i prawda, które błogosławisz, przyjdzie na mnie w imię Jezusa Chrystusa! Otwórzcie mój dzień właściwymi drogami i połóżcie tarczę na moje życie! Amen! Modlitwa do Boga, by czynić to, co niemożliwePanie, jesteś wierny we wszystkim. Twoje obietnice trwają wiecznie i nie ma granic dla Twoich cudów. W twoich rękach, wszystko jest możliwe. To Ty pokonałeś śmierć i uczyniłeś miejsce dla milionów z nas w niebie. Obyśmy nigdy nie przestali śpiewać twoich pochwał, a nasze oczy miały pewność i dobro ludzi. W Twoim imieniu, modlimy się. Amen! Korzyści z modlitwy za niemożliwe przyczynyOgólnie rzecz biorąc, główną zaletą korzystania z tej modlitwy jest pilność w rozwiązywaniu problemów, zwłaszcza w przypadku drugiej wersji, tej świętej Expedity. Musi ona być prowadzona z wiarą i lekkim sercem. W tym celu konieczna jest myślenie słowami i wiara w głębię, w której prośba jest wysłuchiwana. Niezależnie od tego, czy jest to potrzeba finansowa, zawodowa, małżeńska, ciąża, poród, zdrowie, czy nawet emocjonalna, jest to ten rodzaj modlitwy, który może być przydatny, gdy wszystko wydaje się nierealne. Historia Pawła to potwierdzenie hasła, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Pan Jezus jest dżentelmenem, który nie wejdzie na siłę do naszego serca. Trzeba choć trochę chcieć. Małżeństwem są od sześciu lat, mają dwie córeczki. Wiele osób wokół nie może uwierzyć w ich życie wiarą, zaufanie w moc Pana Boga. Na nasze spotkanie przychodzi mężczyzna w wieku ok. 40 lat, dobrze zbudowany. Na ręku zamiast srebrnej bransolety, która kiedyś była stałym dodatkiem, teraz widnieje plastikowa opaska z hasłem „Jezu ufam Tobie!”. Nie spodziewałem się łez, które pojawią się za chwilę w jego oczach. Fala Nigdy nie był szkolnym prymusem. Na świadectwie miał tylko dwóje i tróje. W ósmej klasie pojawił się nowy kolega, przeniesiony do ich szkoły karnie. Pochodził z patologicznej rodziny. Od najmłodszych lat zajmował się drobnymi przestępstwami. To był przełom. Paweł i nowy kolega bardzo szybko się polubili. Od tego momentu zaczęło się opuszczanie lekcji, niewracanie na noc do domu, pierwsze drobne kradzieże i przestępstwa. Był alkohol, narkotyki, pierwsze pudło. - Małymi kroczkami wzrastałem w świecie przestępczym - wspomina Paweł. Po sześciu miesiącach, gdy wyszedł po pierwszej odsiadce w areszcie tymczasowym, były kolejne przestępstwa. Zaczęły pojawiać się nowe znajomości w świecie gangsterskim, z osobami więcej znaczącymi w półświatku. Trwało to wszystko kilkanaście lat. W tym okresie był kolejny wyrok i kolejne wykroczenia. Paweł doszedł do takiego momentu, że wszyscy wokół „machnęli na niego ręką”. Dzielnicowy twierdził, że nie ma już dla niego ratunku. Podobnie adwokaci czy sędziowie, którzy prowadzili jego sprawy. Wskazywali, że nie wyraża żadnej chęci skruchy. Od tego czasu minęło dziesięć lat. Paweł wspomina, że z jego znajomych na dziesięć osób osiem miało krew na rękach. Tylko on i ktoś jeszcze nie dopuścili się zabójstwa. Był marionetką. Bezwzględnie wypełniał polecania innych. Zło przestępstw kierowało nim. Nie szuka po latach winnych, wie, że to były jego wybory. Relacje w rodzinie też stały się jakimś przyczynkiem do tego, co się wydarzyło. Nadopiekuńczość matki, która u Pawła przerodziła się w brak szacunku. Z drugiej strony rygoryzm ojca z czasem zamieniony w strach. Gdy pojawił się pieniądz, niezależność i możliwość „pozwolenia sobie”, bardzo szybko pociągnęło to za sobą łańcuch zła. Dziś potrafi nazwać pewne rzeczy. Mówi, że Zły w jego życiu działał bardzo sprytnie. Wszystko dokonywało się powoli, subtelnie. Kradzież portfela - przed pierwszym razem - była nie do pomyślenia, a za chwilę na porządku dziennym. Włamanie, pobicie podobnie stawało się normą. Wyciągnąć na powierzchnię Na drodze grzechu pojawiła się kobieta, obecnie żona. Kolega, również recydywista, chciał go wykorzystać. Zorganizował spotkanie z Magdą, by zrobić przysługę swemu znajomemu, z którym ona się rozeszła. Zamierzał ją upokorzyć. Narzędziem do tego miał być Paweł. Zapoznali ich ze sobą, licząc tylko na to, że ją wykorzysta i skrzywdzi. Pojawiło się jednak zafascynowanie. Nie wiedział, że spotkał kobietę swego życia i... Boga. Spotykali się ze sobą jakiś czas. Paweł sam zaczął dostrzegać, że ona chce sprowadzić go na dobrą drogę. Mimo miłości ciągle działał w świecie przestępczym. Któregoś dnia 2007 r. został zatrzymany przez grupę antyterrorystów. Trafił do aresztu śledczego z zarzutem przynależenia do grupy przestępczej. Groziło mu dziesięć lat więzienia. Wcześniej nie bał się odsiadek. Znał to. Apel, brzęk naczyń, strażnicy - norma. To wszystko, co słyszał o życiu za kratami, czego sam doświadczał, nie robiło na nim żadnego wrażenia. Czy miał siedzieć rok, czy dziesięć lat, było bez znaczenia. - W więzieniu miałem wielu znajomych i szedłem tam jak do domu - wyznaje. Gdy skuty kajdankami trafił do aresztu, zaczął się lękać, że może stracić Magdę. Poczuł strach, którego wcześniej nie było. Szybka odpowiedź Pierwsza noc w areszcie śledczym w Warszawie była jedyna. Będąc sam, w pojedynczej celi, zaczął rozmawiać z Panem Bogiem. To była prośba: jak mi Panie Boże jej nie zabierzesz, to rób ze mną, co tylko chcesz. Jestem gotów zostawić to wszystko, aby ona na mnie czekała i dalej była ze mną. Minęło osiem lat i Paweł znowu płacze. Dziś nie wstydzi się łez. Nawrócenie zaczęło się właśnie wtedy, w noc przemiany. Jak Paweł wspomina po latach, to było silne doświadczenie duchowe oraz fizyczne. Nie zasnął. Przepłakał całą noc. To były łzy oczyszczenia. Wszystko zaczęło dziać się intensywniej. Bardzo szybko zaczęły pojawiać się sytuacje, które wtedy dla Pawła wydawały się tylko zbiegami okoliczności. W areszcie był ksiądz, który spowiadał więźniów. Paweł pomyślał, że skorzysta ze spotkania z nim. Może przekaże, że kocha Magdę? Z takim nastawieniem poszedł do kapelana. Jednakże po chwili rozmowa przeistoczyła się w spowiedź. Po półtorej godziny ciężko było określić, kto bardziej płakał: kapłan czy Paweł? Sakrament dał jedno: wolność. Po tej przełomowej spowiedzi wracał do celi, będąc „lekkim jak piórko”. - Ja nie szedłem, ja leciałem - przekonuje. Dziś zaznacza, że to był główny punkt jego nawrócenia. Szczera spowiedź, żal za grzechy, oddanie wszystkiego Bogu. To był pierwszy krok to prawdziwego cudu. Nie musiał sięgać po używki. Wtedy, w areszcie, w jego ręce trafił Nowy Testament. Nie pamięta jak i przez kogo. Czytając od początku, strona po stronie, doświadczał mocy Słowa, które uwalnia. Nie mógł przerwać lektury. Zaczął dostrzegać różne, najmniejsze grzechy, o których wcześniej nawet nie miał pojęcia. Czytał fragment Pisma Świętego i przed oczami miał kradzież, pobicie, skrzywdzoną osobę, kolejne obrazy z życia. Płakał i żałował. Tak wyglądał jego rachunek sumienia i przygotowanie do spowiedzi z całego życia. Nie musiał sięgać po narkotyki. Zerwał z pornografią, alkoholem, hazardem. Gdy doświadczył nawrócenia, zaczęło mu się wydawać, że postradał zmysły. Wiedział, że koledzy „po odcięciu” wariowali. Najpierw pytał rodziców w trakcie widzeń: „czy nie zwariowałem?”, „czy normalnie rozmawiam?”. Po półtora roku przebywania w areszcie śledczym sąd skierował go na specjalistyczne badania psychiatryczne. Po miesiącu od badań, przyszła opinia specjalistów - Jestem zdrowy - wspomina. Dla niego to kolejny znak, że Pan Bóg konkretnie zadziałał w jego życiu. Życie z wyrokiem Po dwóch latach przebywania w areszcie Paweł wyszedł na wolność. Koledzy nie napiętnowali go. Wiedzą o tym, że Paweł wrócił do Boga i Kościoła. Z plotek usłyszał, że większość uważa, że zwariował. Innych to w ogóle nie obchodzi. Podadzą mu rękę na ulicy, czasem zamienią słowo. Cały czas sprawa jest w toku. Ma zasądzony wieloletni wyrok w sądzie pierwszej instancji. Sprawa obecnie znajduje się w sądzie apelacyjnym. Prawnie... nie ma możliwości, żeby wyrok został anulowany. - Może się przedawni - podpowiada żona, która w głębi pokoju zajmuje się młodszą córeczką. Jedną nogą jest na wolności, ale drugą ciągle jest tam - za kratami. Jego dzień: praca, oczekiwanie na wyrok, zabawa z dziećmi, domowe obowiązki, codzienna Eucharystia. Bez pomocy łaski Bożej nie poradziłby sobie. A co, jeśli przyjdzie decyzja, że jutro wraca pod celę? - Jezu ufam Tobie - bez chwili namysłu odpowiada. Jedyne, o co Paweł prosi dzisiaj Boga, to żeby go trochę „ułaskawił”. Ma świadomość popełnionych czynów, wie, że ponosimy konsekwencje grzechów. Po cichu liczy, że wyrok zostanie trochę skrócony, a przez to częściej będzie mógł widzieć najbliższych. - Może dostanę nie zasądzone osiem, a pięć lat. A jak mam już dwa odsiedziane, to zostaną trzy - bardzo sprawnie i z nadzieją czyni obliczenia. Moc wspólnoty Codzienne życie przyniosło oschłość w wierze. Sam zauważył, że owszem, pojawiły się próby szukania swego miejsca w Kościele. Było życie sakramentami, ale zaczęła się pojawiać „letniość”. Teraz chce pomóc. Należy do apostolatu więziennego. Chodzi do więzienia i opowiada o swojej przemianie. Spotyka znajomych recydywistów. Dziwią się, widząc go w takiej roli. Jeden z nich chodził wokół Pawła i oglądał z każdej strony. „Kogo, jak kogo, ale ciebie bym się tu nie spodziewał. Pamiętasz mnie? Siedzieliśmy pod jedną celą” - słyszał na początku. Pomocą w wierze jest Odnowa w Duchu Świętym. Należy do niej od kilku miesięcy. Nie ma możliwości, aby Paweł nie był na spotkaniu. Wraz z żoną nieustannie odkrywają moc modlitwy oraz wartość sakramentu małżeństwa. Mimo problemów, które są, wiedzą, Kto jest dla nich oparciem. ks. Marek Weresa Echo Katolickie 50/2018 opr. ab/ab Różaniec na którym odmawia się tę koronkę, różni się od zwykłego różańca tym, że jest 7 cząstek i 7 paciorków w każdej Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. medaliku: Wierzę w Boga…Na pierwszym dużym paciorku: Ojcze nasz…Na 3 małych paciorkach: Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…Na dużych paciorkach: Błogosławić będę Pana w każdym czasie, na ustach moich zawsze Jego chwała. (Ps 34, 2)Na 7 małych paciorkach: Dziękuję Panu, bo możliwe jest to, co wydaje się niemożliwe w moich każdej siódemce: Chwalę Cię, Panie, za Obecność w moim

koronka do boga rzeczy niemożliwych